Autor: Paulina Targaszewska

2015-12-04, Aktualizacja: 2016-03-23 15:10

Jerzy Antkowiak, niegrzeczny chłopiec polskiej mody

- Czasem ludzie pytają mnie, czy nie żałuję, że Mody Polskiej już nie ma, ale zawsze odpowiadam: „nie”. Chwała Bogu, że jej nie ma, bo to była firma wyjątkowa, niebanalna, na zupełnie inne czasy. Teraz niestety często królują kicz i tandeta - mówi najsłynniejszy projektant PRL-u, Jerzy Antkowiak, którego pokazy w tamtych czasach budziły w Polsce nie mniejsze zainteresowanie, niż współcześnie bielizna Victoria’s Secret.

Modę Polską znają wszyscy miłośnicy stylu i niebanalnych strojów. Przedsiębiorstwo powstało w Warszawie w 1958 roku. Miało za zadanie promować w państwowym przemyśle odzieżowym aktualne kierunki mody światowej. Prowadziło ok. 60 salonów w całym kraju. Łącznie we wszystkich oddziałach zatrudniono ok. 2 tysiące osób. Wśród jej projektantów znalazł się także Jerzy Antkowiak.

- Czasem ludzie pytają mnie, czy nie żałuję, że Mody Polskiej już nie ma, ale zawsze odpowiadam „nie” - mówi 80-letni projektant. - Chwała Bogu, że jej nie ma, bo to była firma wyjątkowa, niebanalna, na zupełnie inne czasy. Teraz niestety często królują kicz i tandeta. Kiedy pod koniec lat 80. odzyskaliśmy wolność, to się zaczęło. Wykrzyczano „hulaj dusza, piekła nie ma!” i postanowiono się otworzyć na Zachód i modę zachodnią. Tylko jakoś tak się dziwnie otworzyliśmy, że opłynęliśmy kulę ziemską dookoła i zamiast na Zachód, to się otworzyliśmy na Wschód. Jak te wszystkie „Hongkongi” i „Wietnamczyki” pootwierały u nas swoje budki z byle jakimi ubraniami, to się Polki na nie rzuciły. I choć wcześniej słynęły w Europie z dobrego stylu, tak teraz hołdują tej taniosze. To największy grzech współczesnej mody, na co z ubolewaniem patrzę - dodaje.

Pod koniec października 2015 r. Jerzy Antkowiak przyjechał do Szczecina z okazji obchodów 5. urodzin Muzeum Techniki i Komunikacji. W budynku muzeum modelki zaprezentowały stroje Mody Polskiej, które Jerzemu Antkowiakowi udało się ocalić podczas likwidacji przedsiębiorstwa w 1998 r. Wiele z tych strojów to ponadczasowe kreacje, które z powodzeniem można by założyć i dziś.


© Artur Kosktowski/Polska Press Grupa

Pokaz Atnkowiaka na otwarciu Fashion Week 2015 w Łodzi

- Wszystko jest modą, ale ona cały czas przemija i się zmienia. Kręci się jak perpetum mobile. I to przemijanie mody jest zbawieniem. Gdyby trendy się nie zmieniały, ciągle chodzilibyśmy w tych samych strojach - mówi Antkowiak. - Dlatego zawsze bawi mnie, jak oglądam w telewizji jakiś program poświęcony modzie czy pokaz i słyszę, jak tzw. młodzi gniewni mówią np.: „wielkie odkrycie w świecie mody - patchworki”. Któregoś razu aż się zerwałem z fotela, pobiegłem do piwnicy, gdzie mam zgromadzone dawne stroje Mody Polskiej i przyniosłem damski płaszcz patchworkowy, który ma chyba ze 30 lat. Ja to chyba byłem jednak futurystą! - mówi ze śmiechem.

Krój munduru


Jerzy Antkowiak urodził się w Wolsztynie 18 maja 1935 roku. Jego rodzice – Zofia i Florian Antkowiakowie – spodziewali się dziewczynki. Chcieli ją nazwać Danusia. Jakie było ich zdziwienie, kiedy na świat przyszedł chłopiec. Nie mieli nawet dla niego wymyślonego imienia. „Zbigniew” – powiedział tata. Mama pochyliła się nad zawiniątkiem i oznajmiła, że „Juruś”. A babcia Weronika: „Włodzimierz!”. Stąd się wzięły późniejsze korowody z imieniem projektanta.

- Mam trzy imiona w metryce – wyjaśnia. – Ojciec mówił do mnie „urwis Juras”, czyli taki, który zawsze coś zgubił, zawsze gdzieś polazł. Wchodził do domu i pytał: „Co tam Juras znowu zmalował?”. Ależ ja się na grochu naślęczałem! Ile razy przychodziła do domu przewodnicząca Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, w którym po wojnie działał tata, to ja w kącie pokoju klęczałem na grochu. Tak mnie zapamiętała!

Jako młody chłopak Antkowiak pisał wiersze i wysyłał je do „Głosu Wielkopolskiego”, podpisując jako Zbigniew Jerzy Antkowiak. Otrzymywał odpowiedź „Zbyszku i Jurku Antkowiakowie, radzę nie ustawać w wysiłkach twórczych”.

- Przez chwilę używałem też imienia Włodzimierz – gdy należałem do ZMP. Byliśmy dzielni chłopcy i razem z dzielnymi dziewczętami jeździliśmy przyczepą szukać imperialnej stonki na polach - opowiada projektant.

Po ślubie i urodzeniu synka mama Jurka stała się „kobietą luksusową”. Otworzyła swój sklep z kapeluszami. Mały Jerzy z zainteresowaniem się im przyglądał. Sentyment do nakryć głowy pozostał w nim do dziś.

Od czasów młodości uwielbiał też przyglądać się strojom przechodniów. To zresztą często pomagało mu w tarapatach. Tak było, kiedy jako dziecko zaczął nieświadomie pełnić funkcję kuriera organizacji podziemnych. Raz miał dostarczyć tajemniczą paczkę z Mińska do Radomia. Podróżował w wagonie przeznaczonym dla Niemców. W pewnym momencie zainteresował się krojem munduru niemieckiego oficera i zaczął wypytywać o jego szczegóły. O dziwo, wzbudził tym sympatię Niemca. Oficer zaprowadził Jerzego do wagonu restauracyjnego, zafundował mu obiad i nosił jego walizkę. A na koniec bezpiecznie odstawił na peron.

Kiedy przyszła wojna, ojciec Jerzego trafił do obozu koncentracyjnego w Niemczech. Antkowiak razem z matką i opiekunką „ciocią” Agą wyjechał do Mińska Mazowieckiego. Matka zajmowała się interesami, "ciocia" Jurkiem. Przed powstaniem warszawskim 9-letni Antkowiak widział matkę po raz ostatni. Zapamiętał ją jako piękną i poważną, młodą kobietę. Po powstaniu pani Zofia została wywieziona na roboty do Niemiec. Stamtąd udało się jej wyjechać do Kanady. Jurek wrócił z "ciocią" Agą do Wolsztyna. Matki już nigdy nie zobaczył, choć utrzymywali ze sobą listowny kontakt. Po powrocie z obozu ojciec poślubił Agę, o której Jerzy wciąż bardzo ciepło się wypowiada.

Studia i Dana w szałowej kiecce

Jerzy Antkowiak miał artystyczną duszę, ale nie planował zostać projektantem mody. Jako młodzieniec początkowo chciał studiować dziennikarstwo w Krakowie. Niestety, zanim zdążył zdać maturę, wydział przeniesiono do Warszawy, a ojciec Jurka chciał trzymać syna z daleka od tego „pełnego rozpusty i komunizmu miasta”. Jurek postawił więc na Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Wcześniej wydawał gazetki szkolne, które sam ilustrował. Za każdym razem jego rysunki spotykały się z duży zainteresowaniem i uznaniem czytelników. Był też autorem znaku ZMP, wymalowanego na ścianie szkoły.


© rys. Jerzy Antkowiak

Projekty Jerzego Antkowiaka. Źródło: "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody"

W trakcie nauki poznał miłość swojego życia – Danę. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Jak wspomina w książce "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody", Dana miała nietypową, cygańską urodę: czarne włosy i oczy, śniadą cerę, chłopięcą sylwetkę i chłodny, zdystansowany styl bycia. Skończyła farmację i do emerytury pracowała w zawodzie. Jej mąż uważa jednak, że powinna była studiować w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi i tkać dywany. Robiła piękne patchworki, zasłony, serwetki. Spod jej ręki wyszła nawet jedna z najpiękniejszych sukni z kolekcji Mody Polskiej dla Woolmarku. Jest też twórczynią charakterystycznych dla męża nakryć głowy – szydełkowych czapeczek.


© Zdjęcia: Sebastian Wołosz / Reprodukcja

Od lewej: Jerzy Antkowiak z żoną Daną, lata 70.; zespół pracowni projektowej Mody Polskiej. Jerzy Antkowiak klęczy, rok 1968 rok

"(…) Najlepszą niespodziankę byś zrobiła, jakbyś przyjechała w czwartek po południu i do ciotki na imieniny byśmy poszli. Ty w szałowej kiecce albo nawet w tej zielonej, tylko na szpileczkach. (…) - pisał do ukochanej w 1958 r. - Jak przyjedziesz, to będzie akurat święto – jak sobie uszyjesz tę szałową kieckę, to ją przywieź, tylko z tymi guzikami nie wiem, co Ci poradzić, myślę, że do sukni nie mogą być za duże… A może to w ogóle jakieś wiązanie z boku...".

Do ślubu Dana poszła w sukni projektu swojego męża. Szczęśliwym małżeństwem są do dziś. Doczekali się pięknej córki Dominiki, która całe życie poświęciła tańcowi i syna Kajetana, który przez 4 lata był nawet modelem Mody Polskiej.

Wielki świat mody

Sam Jerzy Antkowiak z Modą Polską związany był od 1961 roku. O tym, jak do niej trafił, opowiada w wydanej niedawno książce, którą napisał wspólnie z Agnieszką L. Janas.

"Usłyszałem jakiś szum, oklaski. Pokaz mody - pierwszy w życiu. Ziemia odjechała mi spod nóg... Modelki na wybiegu. To była Moda Polska! Wtargnąłem do garderoby... Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Zrozumiałem, że chcę tu pracować do końca życia. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, kim jest pani Grabowska (ówczesna dyrektorka artystyczna Mody Polskiej - przyp. red.) i nakłamałem, że kocham modę i od lat staram się projektować. Kazała mi przynieść to, co stworzyłem" - wspomina Jerzy Antkowiak.

Oczywiście projektów nie miał. W ciągu jednej nocy narysował wzory kilku strojów. Aby wyglądały na prace, które powstawały przez długi czas, postarzył je: poplamił kawą, upuścił popiół z papierosa. I poszedł do Jadwigi Grabowskiej z „dziełami” pod pachą. Jednak pani dyrektorka nie zapamiętała młodego plastyka, którego spotkała po pokazie. Został więc odesłany z kwitkiem. Nie odpuścił jednak. Pojawiał się w pracowni Mody Polskiej tak często, jak to było możliwe. Zaczął przyjaźnić się z modelkami i pracownikami. To zaowocowało i w końcu dostał pracę w wymarzonym przedsiębiorstwie.


© Zdjęcia: Sebastian Wołosz / Reprodukcja

Zespół modelek i modeli Mody Polskiej na targach w Lipsku. Katarzyna Butowtt stoi trzecia z prawej, Rafał Młodzikowski kuca drugi z lewej, Jerzy Antkowiak w środku w dolnym rzędzie. Lata 80.

Na początku chodził po biurze z blokiem rysunkowym w ręku i cały czas szkicował. Modelki zaglądały mu przez ramię i mówiły: „Nasz plastuś, nasz plastuś - jak on ładnie rysuje”. Najpierw szkicował głównie to, co wymyśliła Jadwiga Grabowska. Potem zaczął tworzyć własne projekty.

Stawiał na stroje ponadczasowe, świetnej jakości materiały, staranne wykonanie. - Kierowniczki sklepów Mody Polskiej nie kochały tej mody, zwłaszcza moich ukochanych sukni płaszczowych – wspomina projektant. – Wiele razy mówiłem im, że ilekroć widziałem żonę prezydenta Pompidou, zawsze miała na sobie piękną, nieskazitelną suknię tego typu. Jak było lato, to uszytą z lnu, zimą zaś z tafty, szantungu, krepy czy weluru. Tłumaczyłem, że to taka dyżurna suknia w szafie kobiety z klasą. Grochem o ścianę.

Biust na pokazie

Nie obyło się jednak w Modzie Polskiej bez skandali. Na dziesięciolecie firmy Jerzy Antkowiak i Irena Biegańska postanowili zaprezentować w czasie pokazu prawie gołe piersi modelki, przykryte jedynie delikatną szyfonową, prześwitującą bluzką z ogromnymi rękawami. Ależ była draka!

- Byliśmy wówczas zafascynowani półnegliżami prezentowanymi w Paryżu – wspomina Antkowiak. – Nie miało to nic wspólnego z pełną nagością w stylu tancerki i artystki kabaretowej Josephine Baker. Postanowiliśmy, że pokażemy półprzezroczysty model na wybiegu w Polsce. Chcieliśmy wstrząsnąć naszą "modopolską" publicznością.

Wyjątkowy Paryż

Do ukochanego Paryża po raz pierwszy pojechał w lipcu 1966 roku. Potem bywał tam regularnie. Poznał wielu wybitnych projektantów. W latach 90. reprezentował Modę Polską w Paryżu na rozmowach biznesowych z domem mody Pierre Balmain. Miał okazję na własne oczy podziwiać kolekcje Diora czy Yves Saint Laurent’a, którego niezwykle ceni do dziś. Niezbyt dobrze wspomina natomiast spotkanie w latach 80. z Pierre’em Cardinem.

Po pokazie Antkowiak siedział przy ogromnym stole z modelkami i modelami. Nagle jedna z nich zaproponowała, żeby poznał Pierre’a Cardine’a.

- Poszliśmy. Przedstawiają mnie podekscytowani, coś o mnie mówią... A Cardin na to: „A, pan z Polski? Przelatywałem nad Polską, jak podróżowałem do Rosji”. I odwrócił się do mnie plecami. Zostałem z wyciągniętą do powitania ręką - wspomina Antkowiak.

Nie zniechęciło to jednak Antkowiaka do świata mody. Dbał o każdy szczegół pokazu, szczególnie o ekipę techniczną, bo wiedział, że jeśli oni zawalą, to nic nie uratuje jego show.



© rys. Jerzy Antkowiak

Projekty Jerzego Antkowiaka. Źródło: "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody"


- Projektanci byli i są różni - mówi. - Jak projektant jest zupełnym beztalenciem, to nie pomogą mu ani cudowne tkaniny, ani dobre formy. A jak jest fantastycznym artystą, to i tak pokaz może nie wypalić, jeśli odpowiednio nie zadba o ekipę techniczną. Bo projektantowi raz coś wyjdzie lepiej, raz gorzej, ale to techniczni w trakcie projektu odwalają kawał roboty, to oni „robią” pokaz. Wystarczy, że puszczą złą muzykę, źle oświetlą modelki, źle ustawią wybieg i wszystko spalone. Dlatego to właśnie z nimi najczęściej się upijałem, żeby ich dopieścić (śmiech). Trzeba o nich dbać, a nie nosić głowę w chmurach, uważając się za wielkiego artystę - dodaje.

Ulubieniec modelek


W świecie mody Antkowiak był i wciąż jest lubiany. - Jak ja mam nie kochać Jerzego i Dany? Wyłożyli własne pieniądze, żebym mógł kupić sobie ciuchy Mody Polskiej i ubrać się tak, jak przystało na modela tej firmy! – wspomina Rafał Młodzikowski, model współpracujący z Modą Polską. – Antkowiak był taką Zosią Samosią. Dziś takie pokazy organizuje sztab ludzi, wyspecjalizowane agencje, on wtedy potrafił zrobić to sam! Modele i modelki, którzy pracowali dłużej, na przykład Małgorzata Niemen czy ja, mogliśmy coś zaprezentować i zaproponować, wnieść do show swoje pomysły. Nasze uwagi były brane pod uwagę, pytano nas o zdanie. Byliśmy nie tylko manekinami, ale też partnerami - dodaje.

Małgorzata Niemen, żona Czesława Niemena i najbardziej znana modelka Antkowiaka, przyznaje, że zawsze czuła respekt przed projektantem. Do dziś zwraca się do niego na “pan”. - Po pierwszych spotkaniach wydawał mi się człowiekiem poważnym, odpowiedzialnym szefem firmy - opowiada. - Z czasem zobaczyłam, że to człowiek o cudownym poczuciu humoru, często na granicy złośliwości, jak przystało na bardzo inteligentnego obserwatora.

Wspomina, że każdy z pokazów Antkowiaka był wyjątkowy. Jeden z nich szczególnie zapadł jej w pamięć. Był na nim obecny prof. Bardini.

- Reżyseria tej kolekcji przewidywała w finale muzykę operową – opowiada Niemen. – Ja podczas prób w strojach, do pewnej znanej mi arii, dla żartu założyłam ręce, jak diwy operowe mają w zwyczaju, i zaczęłam udawać, że śpiewam. Ruszałam też ustami jak śpiewaczki operowe, czyli w sposób przerysowany i niekoniecznie ładny. Myślałam, że zostanę zganiona za to, że muzycznie tak mnie poniosło... A tymczasem pan Jerzy z aprobatą powiedział, że tak zostawiamy. No i kiedy po pokazie wychodziłam już do domu, mijałam profesora Bardiniego. Ukłoniłam się i chciałam iść dalej. Profesor przystanął i powiedział z sympatią, że rzadko się zdarza, aby piękne kobiety świadomie ujmowały sobie urody, i że ta moja scenka bardzo mu się podobała. Ta historia pokazuje, że pan Jerzy to artysta, który do swojej pracy, pasji nie podchodził rutynowo - dodaje.


© Zdjęcia: Sebastian Wołosz / Reprodukcja

Zdjęcie grupowe modeli i modelek Mody Polskiej po pokazie. W środku stoi Kajetan Antkowiak, leżą od lewej Jerzy Antkowiak oraz Rafał Młodzikowski

Ciekawie pracę w Modzie Polskiej wspomina inna znana modelka, Katarzyna Butowtt.

- Nigdy nie byliśmy w Modzie Polskiej zatrudnieni na etatach. To rodziło wiele kłopotów dnia codziennego i perturbacji, na przykład w czasie stanu wojennego nie dostaliśmy nawet kartek na mięso – opowiada. – A zdobycie czegoś na wolnym rynku wymagało wtedy sprytu i dużych pieniędzy. Skoro musieliśmy radzić sobie sami, to robiliśmy to najlepiej, jak potrafiliśmy, wykorzystując każdą okazję. A Jerzego denerwowało, że połowa zespołu chałturzy u kogoś innego. I to też jest zrozumiałe.

Zwalniał ich i zatrudniał ponownie. Złościło go, gdy "uciekali" mu do Lucyny Gandel, właścicielki domu mody z Wiednia, Queen of Saba. Zależało jej na profesjonalistach, więc podkupowała ich, płacąc w dewizach.

- Jak mogłem rywalizować z nią chudymi złotówkami płaconymi przez Modę Polską? - wspomina Antkowiak. - Ależ mnie to złościło! Zwłaszcza, gdy musiałem czekać, aż łaskawie przyjdą na moje próby po próbach u niej. Ale koniec końców i tak zwyciężała Moda Polska i wszyscy stawiali się w komplecie na naszych pokazach.

Trudne czasy dla mody


Jerzy Antkowiak przyznaje, że teraz takie pokazy są już tylko wspomnieniem. Nad przygotowaniem show pracuje sztab ludzi, modelki są przygotowywane do wyjścia przez wizażystów i stylistów. Najbardziej drażni go jednak w dzisiejszym świecie mody fakt, że na pokazie spada ona na drugi plan.

- To już nie stroje przygotowane przez projektanta są najważniejsze, ani idea ich powstania, ani jego wizja - mówi. - Teraz najważniejsze na pokazie jest to, którzy z celebrytów się pojawią, w czym przyjdą ubrani i gdzie usiądą. A nie daj Boże, jak dwie gwiazdy przyjdą ubrane tak samo albo nie dostaną miejsca w pierwszym rzędzie. Do tego spóźniają się czasem nawet ponad godzinę, a projektant czeka z rozpoczęciem pokazu na tych wszystkich celebrytów.

Nie tylko projektanci popełniają jednak modowe grzeszki. Kryją się one także w szafach Polek.

- Najbardziej grzeszni są abnegaci mody - uważa Jerzy Antkowiak. - Zdarza się, że ktoś ma bardzo opływową sylwetkę. Wie, że pasuje mu np. luźny jumper, ale ślepo i bez zastanowienia podąża za modą. I choć warunki ma zgoła inne, ubiera np. bardzo obcisłe stroje. To jest grzech, czasem nawet śmiertelny. Radzę tego nie robić.
Kobiety powinny spojrzeć w siebie, odnaleźć w sobie swój styl i modę dopasować do siebie, a nie siebie dopasowywać do mody.


Paulina Targaszewska, dziennikarka "Głosu Szczecińskiego"
Zdjęcia: Sebastian Wołosz / Reprodukcja

Korzystałam m. in. z książki "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody", J. Antkowiak, A. Janas. Bukowy Las

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Michał (gość)

To nieprawda, że w żadnym innym miejscu na świecie nie ma grodzonych osiedli. Tak jest np. w Vinhedo w Brazylii.