Zdzisław Krzyszkowiak. "Krzyś", który pobiegł w Rzymie po olimpijskie złoto

Agnieszka Świderska
Agnieszka Świderska
Zdzisław Krzyszkowiak
Zdzisław Krzyszkowiak Fot. Wikipedia
Pod datą 18 kwietnia 1952 roku w dzienniczku treningowym Zdzisław Krzyszkowiak zapisał tylko jedno zdanie: „Obóz Wałcz”. Za dziewięć lat w tym miejscu zaatakuje i pobije rekord świata na 3000 m z przeszkodami. Najlepszy długodystansowiec cudownego Wunderteamu już wtedy był biegającą legendą polskiej i światowej lekkoatletyki; legendą, dla której nie ma mety.

Tekst ukazał się w Głosie Wielkopolskim w 2007 roku

„W roku 1948 miałem tylko jeden, jedyny bieg. Był to mój pierwszy bieg w życiu. Biegłem w Olsztynie. Chciałem się przekonać, czy potrafię biegać”. W pożyczonych trampkach i pożyczonym dresie 19-letni Zdzisław Krzyszkowiak, który zaledwie rok wcześniej rozpoczął treningi, przybiegł wtedy trzeci na metę. Zwycięzcy Biegu o Puchar Przechodni „Życia Olsztyńskiego”, który został rozegrany na dystansie 3,5 kilometra, nie wiedzieli, że mieli za plecami o wiele silniejszego rywala, który tylko dlatego dał się im wyprzedzić, bo bał się zabłądzić na trasie. Olsztyn był jednak potrzebny, żeby „Krzyś” pobiegł dalej. Dalej od tyfusu, który przeszedł w wieku 2 lat, kiedy to na nowo musiał się uczyć chodzić i mówić, dalej od bauera, u którego przepracował swoje dzieciństwo i wojnę, dalej od wiązania mu lewej ręki, żeby zmusić go do pisania prawą i krzyków nauczycieli: „Nic z ciebie nie będzie!”. Drobny, zahukany, leworęczny kandydat na mistrza świata postanowił na mecie w Olsztynie uwierzyć w siebie. Właściwie już w szkole w Ostródzie po zwycięskim biegu przełajowym w międzyszkolnych zawodach postanowił, że zostanie biegaczem. Miał wtedy 18 lat. Na swój pierwszy planowy trening pod okiem trenera Legii musiał czekać trzy lata. W 1951 roku został wybrany do kadry. Miał wtedy 22 lata.

W tym samym czasie w Wałczu nadleśniczy Winand Osiński, maratończyk i olimpijczyk, zainteresował przedwojennym niewielkim obiektem sportowym położonym na leśnej polanie znanego działacza sportowego, Piotra Madzińskiego. Tak narodziła się historia Bukowiny, obecnie jednego z sześciu największych ośrodków sportowych w kraju. To Osiński ściągnął do Wałcza trenera kadry długodystansowców, Jana Mulaka, twórcy przyszłej „polskiej szkoły biegowej”, który w tym czasie szukał odpowiedniego miejsca na zgrupowania. Położona wśród lasów, nad brzegiem jeziora Raduń Bukowina była dla Mulaka odpowiednia:„Lasy lepiej pobudzają organizm do aktywności”. Stan techniczny, w jakim znajdował się stadion, pozostawiał jednak wiele do życzenia.

- Bieżnia była zarośnięta – wspomina medalista olimpijski i Mistrzostw Europy, członek Wunderteamu, Kazimierz Zimny. – Wypieliliśmy ją własnymi rękami. Przez pierwszy rok udało się nam odgrzebać pierwszy i drugi tor, a w następnych latach pozostałe cztery. Pod spodem była mieszanka żużlu, glinki i byczej krwi. To była bardzo elastyczna i sprężysta bieżnia, idealnie nadawała się do szlifowania formy przez ważniejszymi startami.

To właśnie podczas szlifowania formy na bukowińskiej bieżni padały rekordy życiowe, kraju i świata. I nie były one bynajmniej dziełem przypadku. Zawodnicy sami składali obietnice bicia rekordów, sami organizowali sobie zawody i sami byli sobie sędziami. Sami też przygotowywali bieżnię do startów. W pamięci zostały zamocowane na desce brzozowe szczotki na kiju i napełniany wodą metalowy wał z dyszlem. Tak się budowało nie tylko miłość kibiców, ale także ich szacunek.

Mecz lekkoatletyczny Polska – USA z 1958 roku przejdzie do historii nie tylko dlatego, że Polacy tylko minimalnie przegrali z największą sportową potęgą świata, a Jerzy Chromik, ustanowił rekord świata, ale także dlatego, że z trybun Stadionu Dziesięciolecia oglądało go ponad 100 tysięcy widzów. I nie był to tylko fenomen warszawski. Na stadion na Bukowinie przychodziło w tym czasie kilka tysięcy widzów, by obejrzeć zawody kontrolne „cudownej drużyny”, która w glorii wróciła z Warszawy. Prosto z Wałcza Krzyszkowiak pojechał do Sztokholmu po dwa złote medale Mistrzostw Europy na 5000 m i 10000 m.

- To były najcenniejsze dla niego medale – mówi żona Krystyna Krzyszkowiak. – Ma to związek z Emilem Zatopkiem, który po biegu na 5000 m podszedł do niego i powiedział, że w takim stylu, jak Zdzisław, on nigdy nie wygrał i dodał „obecnie jesteś najlepszym długodystansowcem świata”. Dla Zdzisława piękniejszych gratulacji od tych słów czterokrotnego mistrza olimpijskiego i osiemnastokrotnego rekordzisty świata być nie mogło.

W tym samym roku w plebiscycie międzynarodowych agencji prasowych Krzyszkowiak został wybrany najlepszym sportowcem świata i najlepszym sportowcem Polski w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, a dwa lata później w Tule podczas meczu lekkoatletycznego z ZSRR ustanowił swój pierwszy rekord świata na 3000 m z przeszkodami. Po ostrym finiszu z Nikołajem Sokołowem minął wtedy linię mety z czasem 8:31,4. Rekord padł 26 czerwca, a 5 września na stadionie w Rzymie na tym samym dystansie sięgnął po olimpijskie złoto zostawiając ponownie za plecami Sokołowa.

Rok 1961 miał być rokiem ulgowym dla olimpijczyka z Rzymu; dał się jednak namówić drugiemu trenerowi Tadeuszowi Kępce na bicie rekordu świata, który odebrał mu nieznany rosyjski zawodnik, Grigorij Taran. W swoim dzienniczku pod datą 10 sierpnia zapisał „Atak na rekord świata”. Atak miał przypuścić podczas zawodów kontrolnych. Nad Bukowiną w tym dniu zbierało się na burzę; powietrze było ciężkie i parne. Krzyszkowiak nie czuł się najlepiej; dokuczał mu w lewej nodze i martwił się, czy zdąży ukończyć bieg przed burzą.

„Sierpień 1961, Krzyś frunie jak motyl, biegnie w Wałczu po rekord Świata na 3 km z przeszkodami. Jest lepiej o 0,8 sek. Podchodzę do niego, lekarz robi mu zastrzyk, ma zerwane Ścięgno Achillesa. Daję mu tabliczkę czekolady, przewidzianą nagrodę za ten wyczyn” – to relacja trenera Jana Mulaka.

Radość z odzyskanego rekordu - 8:30,4, przyćmił Krzyszkowiakowi ból, ale Wałcz oszalał. Wśród 3 tysięcy widzów, którzy śledzili ostatni wielki bieg „Krzysia” był 11-letni wtedy Alfred Mikłaszewicz.

- Ten bieg mnie naznaczył – opowiada dziś człowiek-orkiestra wałeckiego sportu, dyrektor biegu im. Zdzisława Krzyszkowiaka. – W tamtym dniu sport stał się największą przygodą mojego życia. Zawdzięczam to Krzyszkowiakowi i całemu Wunderteamowi.

Dwa lata później, na rok przed olimpiadą w Tokio, Krzyszkowiak podjął decyzję o zakończeniu kariery. 140 razy mijał linię mety jako zwycięzca, teraz czuł się pokonany w brudnej wojnie, którą Gomułka i posłuszni mu działacze PZLA prowadzili przeciwko Mulakowi.

- Nie chciał już biegać – mówi Krystyna Krzyszkowiak. – Sport dla niego był czymś czystym. Pod tym względem był idealistą. I żeby ocalić tego ducha przygody, jakim był Wunderteam, tamtą radość, atmosferę przyjaźni i uczciwość wobec siebie, wolał odejść. Był wtedy na szczycie. Odchodził jako mistrz.

- Biegaliśmy w reprezentacji Polski przez kilkanaście lat – mówi Kazimierz Zimny. – Teraz zawodnicy kończą karierę po trzech, czterech latach. Mięśnie im nie wytrzymują.

Mulat wiedział co robił, zabierając ich na Bukowinę. Biegając w twardym obuwiu po miękkim, liściastym podłożu, nie nadwerężali sobie mięśni, nie mieli kłopotów z zapaleniem okostnej kości piszczelowej. Swoje siły regenerowali w fińskiej łaźni, z której wskakiwali prosto do jeziora. Dobry wpływ miał również wilgotny mikroklimat Bukowiny. Teraz z tamtej Bukowiny zostały tylko liście i mikroklimat. Miejsce łaźni zajęła nowoczesna baza zabiegowa odnowy biologicznej.

- Przypuszczam, że gdyby Krzyszkowiak miał zapewnione takie same warunki, jakie mają obecnie długodystansowcy, to byłby jeszcze szybszy i medal Igrzysk Olimpijskich byłby z pewnością w jego zasięgu – mówi trener kadry chodziarzy, Krzysztof Kisiel. – To zawodnik, który mógłby nawiązać równorzędną walkę z Kenijczykami i Etiopczykami. On wyprzedził swoją epokę. Tacy jak on zdarzają się raz na 100 lat.

Współczesny Krzyszkowiak nie miałby jednak szans pobić rekordu świata na bukowińskiej bieżni. Jej wygląd nie wiele się zmienił od jego czasów. Na krótki czas zmieniła tylko kolor na czerwoną, gdy zrobiono jej nawierzchnię z mączki kredowej, potem wrócił żużel. Nie wrócili natomiast lekkoatleci: tylko Wunderteam pozostał wierny Bukowinie do końca. W połowie lat siedemdziesiątych lekkoatleci definitywnie odeszli do Spale i zostawili Bukowinę wodniakom. Próby przywrócenia dawnej świetności stadionowi – sześciotorowa, tartanowa bieżnia, a w środku boisko do gry w hokeja na trawie, jeszcze w kwietniu wydawały się realne. We wrześniu nowe władze COS przekreśliły jednak te plany i przeznaczyły zarezerwowane już na Wałcz pieniądze na inny cel.

- To boli, kiedy widzę tą bieżnię w takim stanie - mówi Kazimierz Zimny. – I nie chodzi tu o Wunderteam, ale o tych, co dopiero mieliby nadejść. Na takiej bieżni donikąd nie pobiegną. A my biegaliśmy z niej podbijać świat.


Zdzisław Ludwik Krzyszkowiak, ps. „Krzyś”, trener, następca Kusocińskiego, lider polskiego Wunderteamu, dwukrotny mistrz Europy (5 i 10 km) ze Sztokholmu (1958), mistrz olimpijski z Rzymu (1960) w biegu z przeszkodami. Urodził się 3 sierpnia 1929 r. w Wielichowie koło Grodziska Wlkp. Zmarł w wieku 73 lat w Warszawie.

Czarnek zapowiada HIT!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie